środa, 17 października 2012

Mały konkurs

Mały konkurs, co Wy na to? Poniżej znajdują się imiona i nazwiska bohaterów, którzy pojawili się już w pierwszych trzech tomach Sagi Wielkich Rodów. Dopasujcie je do nazwisk aktorów, którzy są ich fizycznymi pierwowzorami i prześlijcie mi na maila (chanikynes@gmailcom). Komu uda się dopasować najwięcej nazwisk prawidłowo otrzyma droga mailową pierwszą część kolejnego tomu pod tytułem „Jak jabłka od jabłoni”.
Nie wiem, czy dla ułatwienia, czy dla utrudnienia – sami osądźcie (możecie o tym wspomnieć w mailach), podaję również aktorów, którzy są pierwowzorami bohaterów, którzy pojawią się dopiero w kolejnych częściach Sagi.
Udanej zabawy! Czekam na maile :)
Oto i oni:

Alexander Nowicki
Alexander Skarsgard
Hugh Velarii
Rufus Sewell
Nikołaj Nowicki
Alessio Boni
Fiodor Smirnow
Eddie Cahill
Knut Björsen
Peter Stebbings

Sasha Roiz

Hugh Jackman

Richard Armitage


Praca tłumacza w wydaniu Chani




Ciekawe nowe doświadczenie – tłumaczenie opowiadania z angielskiego. Niedługiego, co prawda, bo zaledwie około 15 tysięcy znaków. Jednak przygoda.
Przyznaję, że całość poszła mi nadspodziewanie szybko. Jeden dzień i po bólu. Właściwie, jedne dzień i po zabawie. Później zaczął się ból. Te kilka wyrażeń, czy wyrazów, które zostawiłam na początku do przetłumaczenia później. Może było tego razem ze trzy zdania i z pięć osobnych słów. Zajęło kolejne… półtora dnia. Szukałam po słownikach papierowych, internetowych, radziłam się znajomych ekspertów z różnych dziedzin. Kiedy nic już nie pomagało, zaglądałam do słowników jeszcze innych języków niż angielski. W tym języków, których nie znam. Crossover w pełnym wydaniu. Nie zawsze i to dawało oczekiwane efekty. Przechodziłam więc do grafik w Internecie, szukałam, znajdowałam szczątkowe informacje. Okazywało się, że już wiem, o co chodzi i że eksperci wiedzą również, ale… w polskiej mowie nie ma nazwy na to „coś”.
Jeśli spotkam kogoś, kto bez wahania i szukania będzie mi potrafił od razu przetłumaczyć termin „clerestory window” – stawiam piwo.
Niezmiernie wiele się nauczyłam przy tym zadaniu, mam nadzieję, że przetłumaczone opowiadanie spodoba się czytelnikom magazynu Sfinks, w którym ma się ukazać. To było prawdziwe wyzwanie – zmierzenie się w ten sposób z prozą Franka Herberta.
W niedługim czasie zabieram się za kolejne tłumaczenie, tym razem dla innego czasopisma. Również Herberta. Tekst jest kilkakrotnie dłuższy i już mam ciarki na plecach na myśl o przygodach, które mnie z nim z pewnością spotkają.
Teraz jeszcze kilka słów przy okazji tematu. Jak tłumaczę… Jestem strasznym ortodoksem jeśli chodzi o kwestie tłumaczenia imion, nazwisk i nazw własnych wszelakiej maści. Nie znoszę tego. To znaczy nie cierpię, kiedy tłumacz z, przykładowo, Paula, tworzy nagle Pawła. Z Marthy, Martę itd. Nie robię tego. Staram się zostawić nazwy w nienaruszonym stanie o ile jest to tylko możliwe. Dlatego też w moim opowiadaniu fanfikowym dziejącym się w świecie Diuny, nie pisałam o żadnym Kaladanie, ale o Caladanie; nie o Dżihadzie, ale o Jihadzie. Uderzcie w stół, a nożyce się odezwą. Mogę dyskutować z tłumaczami, nawet wieloletnimi. Z resztą jutro z pewnością będę to właśnie robić z jednym z zaprzyjaźnionych tłumaczy, który przekładał już Franka Herberta. To bardzo ciekawy temat, przy którym staję się bardzo emocjonalna, choć nadal potrafię rzeczowo bronić mojego punktu widzenia. Może to dlatego, że jednak przede wszystkim pisze, a nie tłumaczę i… nie chciałabym, żeby kto kiedyś nazwiska moich bohaterów tłumaczył na swój język jakoś… koślawie…


wtorek, 9 października 2012

Paris, Paris, czyli paryskie inspiracje

Francja – kraj, w którym jadają ślimaki i żabie udka.  Paryż – miasto miłości, mody i artystów. Jakże mogłoby nie inspirować, nie urzekać, nie zapadać w pamięć, szczególnie na długie jesienne wieczory, które nieuniknienie nadchodzą wielkimi krokami?
Trzecia już moja wizyta w tym niesamowitym miejscu zakończyła się wczoraj. Najkrótsza, choć bynajmniej nie najmniej owocna. Paryż zachwyca, jak zawsze, choć czuć już zbliżającą się powoli zimę. Wieczory są już naprawdę chłodne, tym lepiej więc działa wyśmienite francuskie wino, którym można się rozgrzewać od środka. Tym większą przyjemność sprawia francuska kuchnia pełna słodkości i zdecydowanych smaków pleśniowych serów i długo dojrzewających kiełbas.
W tym kraju pełnym różnych kultur i narodowości, który w początkach dziewiętnastego wieku podbił niemal całą Europę fascynuje niemal wszystko. Każdy drobiazg wydaje się wspaniały i od razu poprawia humor. Ot, choćby wróble w parku, które jedzą z ręki okruszki polskiego chleba z ziarnami. Jak ja dawno nie widziałam wróbli, w Poznaniu już właściwie są gatunkiem wymarłym. Wzruszyła mnie ich otwartość, jakby się mnie zupełnie nie bały. Podlatywały, łapały w dzióbki okruszki, które położyłam na ręce i odlatywały. Także francuskie gołębie nie są podobne do naszych. Nie uciekają, gdy tylko ziemia w okolicy zadrży od ludzkich kroków. Siedzą cierpliwie, piją wodę z kałuż, dostojnie spacerują, przyglądają się, czasami napuszają. Nie odlatują, póki ktoś nie zacznie głośno mówić, albo klaskać. Czują się tam, jak w domu, bo Paryż to nie tylko miasto ludzi.
Bogactwo smaków francuskiej kuchni urzeka doskonałością i różnorodnością. Choć kłamstwem byłoby rzec, że Francuzi jedzą tylko to, co przewiduje ich tradycyjna kuchnia. Każdy region ma jakieś swoje smakołyki, a w Paryżu można się spotkać z większością z nich. Tak, jak słynne francuskie wina pochodzą z winnic z różnych krain, tak jest też z serami. Wystarczy kupić kilka z nich, by posmakować każdego zakątka tego kraju. Najbardziej lubię ser pleśniowy z niebieską pleśnią – jego ostry smak mnie zniewala. Uwielbiam ser z mleka koziego, a żaden nie jest tak pyszny, jak prawdziwy francuski chevre. Można się spierać, który jest smaczniejszy, trudno jednak odmówić im oryginalności. Najnowsze odkrycie – chipsy o smaku sera z koziego mleka. Niebo w gębie, że się kolokwialnie wyrażę – wspaniały dodatek do udanej imprezy.
O winach się nie wypowiadam – są znakomite i chyba każdy to wie. Zawiodłam się tym razem na moim ulubionym cidrze. Kupiłam jakiś inny, by spróbować i cóż… Zapachem nie grzeszył, a smak był jeszcze gorszy. Chyba najpaskudniejsza rzecz, jaką miała w ustach w tym roku. Trochę szkoda, ale z drugiej strony – warto wiedzieć, że nie każdy cidr jest smacznym bąbelkowym napojem, który orzeźwia i delikatnie muska podniebienie.
Ciekawostek o jedzeniu mogłabym przekazać jeszcze wiele, ponieważ mieliśmy wspaniałych gospodarzy, którzy raczyli nas lokalnymi smakołykami, objaśniając także zawiłości francuskiej kuchni. Tak posiłków, jak napojów oraz wszelakich zasad ich spożywania. Napiszę o tym z pewnością w niejednej jeszcze powieści, ponieważ zafascynował mnie ten temat.
Czas na zwiedzanie. Trzy dni w samym Paryżu były naprawdę prawdziwym maratonem. Próbowałam dzisiaj coś napisać w pamiętniku, niestety okazało się, że nie mam siły utrzymać pióra w dłoni, taka jestem zmęczona. Warto jednak było. Choćby po to, by kolejne kilka razy móc podziwiać błyszczącą setkami światełek Wieżę Eiffle'a, czy spędzić całą niedzielę w Luwrze (choćby po to, by zobaczyć trzy kolejne sale z obrazami o tematyce religijnej, w tym kilka ikon oraz odkryć, że Ludwik XIV był paskudnie brzydkim mężczyzną). Obejrzeliśmy niesamowicie pieczołowicie wykonane makiety w muzeum Carnavalet, trafiliśmy na uroczystą mszę z udziałem kawalerów maltańskich w katedrze Notre Dame, a także odwiedziliśmy kolejny wielki cmentarz, na którym spoczywają znani tego świata. Dotarliśmy również do domu wielkiego mistrza Wiktora Hugo. Pozostaje jedynie nadzieja, że choć trochę jego talentu spłynie na mnie po tym, jak obmacałam wszystkie balustrady jego domostwa.
Absolutnie zauroczyło mnie Sannois. Kamienne domki, wąskie uliczki, mnóstwo zieleni. Klimat, jak z francuskich obrazów z początków dwudziestego wieku. Cudowne miejsce. Rzeczywiście mogłabym tam zamieszkać, gdyby nie bariera językowa. Serdeczne podziękowania dla Nicole i Dominoque’a Fleurier, którzy ugościli nas, jak królewską rodzinę.
Wernisaż Wojtka Siudmaka okazał się prawdziwym sukcesem, a także bardzo udanym eventem. Nawet płaczące przez całą sobotę niebo nie przeszkodziło gościom w dotarciu na uroczystość. To było niesamowite przeżycie, tylu znanych i wpływowych ludzi w jednym miejscu i wszyscy podziwiają sztukę tego wielkiego artysty, który do mnie zwraca się zawsze z wielką serdecznością. Panu Wojtkowi życzę wszystkiego najlepszego po raz kolejny z okazji jego jutrzejszych siedemdziesiątych urodzin, sama zaś idę oglądać zdjęcia, które z pewnością zainspirują mnie do kolejnych przemyśleń i pomysłów, które w taki, czy inny sposób zagoszczą w moich powieściach.